Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

2.04.2016
sobota

Czy potrzebujemy nowych polityków?

2 kwietnia 2016, sobota,
2000px-ThreeWiseMonkeysOriginal.svg

Źródło: Wikimedia Commons

Słuchając samorządowców, którzy przyjechali do wałbrzyskiej Starej Kopalni na finał Pracowni Miast, chciało się zakrzyknąć: „Jak najszybciej!”.

Huub Droogh to holenderski urbanista, który od kilku lat mieszka i pracuje w Polsce. Wcześniej był między innymi doradcą strategicznym holenderskiego ministra gospodarki, przygotowywał też masterplany dla kilku holenderskich miast i związków miast. Dziś jego firma RDH Architekci Urbaniści opracowuje plany generalne dla ośrodków polskich.

To także Droogh stoi za programem „Bydgoszcz Waterproof” czy planem rewitalizacji Wisły i odtworzenia drogi wodnej między Warszawą a Gdańskiem. Do Wałbrzycha przyjechał opowiedzieć o tym, dlaczego jego zdaniem holenderskie miasta się rozwijają, podczas gdy polskie zwykle się kurczą. W swoim wystąpieniu „Urząd, człowiek i woda, czyli jak nie utonąć i zmieniać polskie miasta” mówił o barierach, nie tylko ekonomicznych i przestrzennych, ale także tych mentalnych, które hamują rozwój miast w Polsce.

Jesteście tu strasznie nerwowi i ja zupełnie nie rozumiem dlaczego – opowiadał. – Efektów działań chcecie na jutro, a najlepiej na dziś. Coś, co ma zaowocować za kilka lat, nie ma tu zbyt wielkiej wartości.

Droogh opowiadał też o toczącym polską politykę braku ciągłości – zarówno na szczeblu centralnym, jak i samorządowym.

Wraz ze zmianą kadencji zmienia się wszystko. To, co zaczęli poprzednicy, nie ma znaczenia, bez względu na to, ile pieniędzy i pracy w to włożyli. Zaczyna się od nowa. To nieefektywne, bo hamuje rozwój: zamiast szukać rozwiązań ulepszenia tego, co już się dzieje, ciągle wywraca się cały proces do góry nogami.

Zdaniem holenderskiego urbanisty dzieje się tak dlatego, że wszystkie, nawet najprostsze i najbardziej oczywiste sfery życia publicznego, zostały w Polsce upolitycznione – w ten sposób dyskusja o ścieżce rowerowej czy kawałku parku przestaje być dyskusją o przestrzeni publicznej, a zaczyna być międzypartyjną pyskówką.

Jest jeszcze jeden problem – mówił Droogh. – Polscy politycy strasznie nie lubią słuchać. Mówią, co mają do powiedzenia, i wychodzą.

Jego słowa dość dobrze rezonowały z widokiem sali. Po panelach, w których brali udział prezydenci największych miast uczestniczących Pracowni – Wrocławia, Poznania, Krakowa, Gdańska – zajmowane przez nich pierwsze rzędy opustoszały. Zresztą same panele, zwłaszcza te dotyczące uchodźców i tzw. deklaracji wrocławskiej („Deklaracja współpracy miast na rzecz otwartości i dialogu międzykulturowego”), mocno rozczarowywały. Głównie dlatego, że politycy nie odpowiadali na pytania prowadzących, wygłaszali okrągłe zdania i bon moty o tym, jak bardzo otwartość na innych i dialog międzykulturowy są ważne. Na pierwsze pytanie Leszka Frelicha o to, czy postanowienia deklaracji zostały włączone do strategii miast jej pierwszych sygnatariuszy, odniósł się jedynie prezydent Gdańska Paweł Adamowicz. Zastępczyni prezydenta Krakowa Katarzyna Król zadeklarowała, że miasto aktualizuje swoją strategię pod tym kątem i konkretne zapisy znajdą się w niej pod koniec roku. Zaraz potem błysnęła myślą, że Kraków jest bardzo otwarty na międzykulturowość, bo przecież latem na Światowe Dni Młodzieży przyjedzie do miasta mnóstwo ludzi z innych krajów.

To jest na razie nasz priorytet, na tym się skupiamy – deklarowała wiceprezydentka Krakowa.

Najciekawsze wystąpienie całej konferencji podsumowującej Pracownię Miast zostawiono na popołudnie. O wynikach badań byłych miast wojewódzkich opowiedziała Anna Kurniewicz, doktorantka w Zakładzie Rozwoju i Polityki Lokalnej na Wydziale Geografii i Studiów Regionalnych Uniwersytetu Warszawskiego. To właśnie tam, pod kierunkiem prof. Pawła Swianiewicza, prowadzono ostatnio badania nad tym, czy utrata statusu stolicy województwa w 1999 roku rzeczywiście oznaczała rozwojowy hamulec. W prezentacji „Ból fantomowy czy realna strata” Anna Kurniewicz dość dokładnie opowiedziała o całym badaniu, jego kryteriach, branych pod uwagę wskaźnikach, metodach ich przeliczania i porównywania oraz wynikach. Te okazały się dość zaskakujące. Zespół Swianiewicza posługując się wskaźnikami takimi jak zmiany populacji, bezrobocie, wpływy z PIT i CIT oraz wielkość bazy podatku od nieruchomości osób prywatnych, doszedł bowiem do wniosku, że nie da się jednoznacznie powiązać zmiany dynamiki rozwoju miast Archipelagu z utratą ich statusu administracyjnego. Część z tych ośrodków wyraźnie przyspieszyła, inne wyhamowały, ale nie miało to bezpośredniego związku z reformą administracyjną, choć społeczne odczucie jest właśnie takie.

To nie stołeczność wpływa na rozwój – konkludowała Kurniewicz. – Patrząc na ten problem z perspektywy historycznej, można wręcz powiedzieć, że to raczej długofalowy, dynamiczny rozwój miast jest niejako „nagradzany” stołecznością. Po prostu silne ośrodki same wybijają się na pozycje liderów swoich regionów i w ten sposób osiągają stołeczność potwierdzaną niekiedy administracyjnie.

Niemniej ciekawy był inny wniosek wynikający z badania. Jedną z hipotez, jaką udało się bowiem postawić po jego zakończeniu, jest to, że najwięcej na reformie administracyjnej zyskały te małe i średnie miasta, które nigdy stolicami województw nie były.

Być może wynika to z faktu, że one akurat zyskały w strukturze administracyjnej, stając się miastami powiatowymi albo miastami na prawach powiatu – mówiła Kurniewicz. – To wymaga jednak sprawdzenia i potwierdzenia – zastrzegała.

Jej wysiłki i zastrzeżenia okazały się jednak bezcelowe, bo to, co nastąpiło później, potwierdziło jedynie najgorsze diagnozy Huuba Droogha. W panelu, w którym sam miałem okazję uczestniczyć, prezydenci Wałbrzycha, Częstochowy i Kalisza odnieśli się do wyników badania.

Wie pani, co się mówi o statystyce? – zaczął retorycznym pytaniem Roman Szełemej, gospodarz spotkania. – Nie sposób się z tymi wynikami zgodzić. Że Wałbrzych stracił na reformie administracyjnej, jest dla mnie jasne jak słońce.

Z tych samych danych wykazałbym pani, że stolice województw straciły na reformie administracyjnej – wtórował mu Krzysztof Matyjaszczyk z Częstochowy. – Wystarczy je odpowiednio policzyć i przedstawić.

Matyjaszczyk odniósł się też do roli miast powiatowych.

Na tym przykładzie widać, że wzrost roli tych miast w administracji wpłynął pozytywnie na ich rozwój – mówił, choć pięć minut wcześniej Kurniewicz tłumaczyła, że jest to na razie hipoteza wymagająca naukowej weryfikacji.

W podobny sposób do badania odniósł się Grzegorz Sapiński z Kalisza. Wszyscy prezydenci, nie odnosząc się do naukowej metody badania, nie krytykując doboru wskaźników, grupy badanych miast oraz sposobu ich porównywania, nie przedstawiając po prostu żadnych merytorycznych argumentów poza własnymi odczuciami i refleksjami („jasne jak słońce”, „oczywistość”, „to jest po prostu fakt”), zgodnie uznali, że „statystyka” (tym mianem określili badanie) to takie czary-mary, któremu nie powinniśmy poświęcać zbyt wiele uwagi.

I tak szanse na dyskusję o faktycznej decentralizacji w Polsce zostały pogrzebane. Bo właśnie tego tematu, a nie wojewódzkości, powinna dotyczyć debata odnosząca się do badania zaprezentowanego przez Annę Kurniewicz. Że Polska rozwija się dziś nierównomiernie – nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Że mniejsze miasta są w procesie modernizacji spychane na boczny tor – również. Czy jednak remedium na te problemy jest sztuczne produkowanie stolic województw? Badanie zespołu prof. Swianiewicza pokazało, że nie.

Jeżeli przedstawiciele wszystkich właściwie partii mówią w kampanii o przywróceniu kilku województw – mówił bez ogródek Krzysztof Matyjaszczyk – to my do tego pociągu wskakujemy i po wyborach mówimy: sprawdzam.

Czy potrzebujemy nowych polityków? – pytał wcześniej w swojej prezentacji Huub Droogh i wielkodusznie odpowiadał. – Nie, nie potrzebujemy. Trzeba im tylko dać mądrych, kompetentnych doradców.

To nieprawda – chciałoby się powiedzieć. Doradcy będą bezsilni, jeśli politycy nie wykażą choćby minimum wysiłku, by ich wysłuchać.

*

Artykuł pochodzi ze strony Miasto Archipelag. Filip Springer jest reporterem i fotografem, współtwórcą projektu „Miasto Archipelag – Polska mniejszych miast” przez Wydawnictwo Karakter. Partnerami projektu są POLITYKA, Trójka – Program 3 Polskiego Radia, InstytutR. Sponsorzy: BlaBlaCar, Olympus Polska, Fundacja Grand Press. Więcej informacji na www.miastoarchipelag.pl.

*

Pracownia miast to projekt społeczny „Gazety Wyborczej”, realizowany od 2014 roku: „Miejsce dialogu, wymiany opinii między samorządowcami, mieszkańcami, ekspertami, społecznikami, przedstawicielami rządu, świata biznesu i kultury” – jak piszą o przedsięwzięciu sami organizatorzy. Przez ostatnie dwa lata „Gazeta” organizowała warsztaty, podczas których dyskutowano o konkretnych problemach lokalnych. Teraz przyszedł czas na podsumowanie akcji. Do Starej Kopalni w Wałbrzychu zjechali samorządowcy i przedstawiciele organizacji pozarządowych z całej Polski.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 2

Dodaj komentarz »
  1. Szanowny Pan Springer
    Bardzo mnie poruszył Pan tekst. A przede wszystkim wielka zawartość prawdy w nim. Szkoda, że tak szybko znikł i nie rozwinęła się żadne dyskusja na te tematy (dyskusje, umiejętność argumentacji i słuchania). To niestety jest symptomatyczne na tych blogach także. Każdy ma rację, tę jedyną, i nie ma żadnego powodu do przejmowania się innymi. To nawet nie jest indywidualizm. Gorzej.
    Ale proszę się nie załamywać. proszę o więcej.
    Z poważaniem

  2. Dotknął pan istoty rzeczy – prezydentury miast w rękach towarzyszy Szmaciaków.
    Ich żenujące wypowiedzi tylko tę prawdę potwierdzają.
    To macherzy od polityki „wizerunkowej” i populizmu – potrzebują „eventów” i kampanii, a to o przywrócenie województwa, a to o in vitro… w odbycie mają „politykę”, której podstawą są twarde fakty, eksperckie analizy, diagnozy, projekcje i rekomendacje.
    Wszystko dla nich jest „statystyką”, wszystko zbyt trudne, a wielu z nich nie rozumie prezentacji danych na wykresie, a jakieś analizy wskaźników struktury, czy dynamiki zmian wiekości charakteryzujacych życie i profil miasta – to czarna magia, oni znają tylko drogi na skróty. Dajcie kasę, a my już ją wydamy.
    Ich interesuje tylko administracja czyli wzrost biurokracji i intratnych stanowisk dla kolesi.
    Szkoda, że finał „pracowni miast” zapaskudzili swoim „intelekem” samorządowi troglodyci.

css.php