Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Miejskie historie - Twoje miasto – twój wybór Miejskie historie - Twoje miasto – twój wybór Miejskie historie - Twoje miasto – twój wybór

29.12.2018
sobota

Krajobraz po wyborach. Podsumowanie na koniec roku

29 grudnia 2018, sobota,

Grafika z raportu „Krajobraz po samorządowej bitwie. Jak wygląda Polska po wyborach z 2018 r.?” autorstwa Rafała Matyi (dla Nowej Konferedacji)

Wybory samorządowe były najważniejszym wydarzeniem kalendarza politycznego w Polsce w 2018 r. Ich wyniki potwierdziły, że samorząd terytorialny jest kluczowym elementem ustroju naszego kraju. I pokazały, jak złożona jest polska rzeczywistość polityczna.

Dobrym przewodnikiem po tej złożoności jest Rafał Matyja, znany politolog i autor opublikowanego przez Nową Konfederację raportu „Krajobraz po samorządowej bitwie. Jak wygląda Polska po wyborach z 2018 r.?”. Opracowanie bardzo szczegółowe, nasycone liczbami, których znajomość jest niezbędna, by zrozumieć, co w istocie dzieje się w polityce na poziomie lokalnym.

Rozszczepione głosowanie

Najciekawszym bodaj zjawiskiem, na które uwagę zwraca Rafał Matyja, jest split voting, czyli głosowanie przez jednego wyborcę w jednym głosowaniu na siły o różnych afiliacjach politycznych. Wielu wyborców nie widzi problemu, by zagłosować na prezydenta z Koalicji Obywatelskiej i radnego z listy PiS. Jeszcze bardziej ten rozjazd jest widoczny przy wyborach do organów powiatowych i wojewódzkich.

To zjawisko powoduje, że bardzo ryzykowne jest wnioskowanie na podstawie wyników wyborów samorządowych o polityce krajowej. Łatwych wniosków wyprowadzić się nie da. Bo o czym świadczy to, że Roman Szełemej, popierany przez KO niezależny kandydat na prezydenta Wałbrzycha, zdobył 32,5 tys. głosów, a lista KO do rady miasta tylko 12,3 tys.? Świadom tych trudności Matyja formułuje kilka generalnych wniosków, które będą miały znaczenie dla polityki krajowej w 2019 r. (poniżej cytat z raportu):

  • Wybory samorządowe okazały się sukcesem opozycji, której – mimo niekorzystnych w ostatnich trzech latach sondaży – udało się zmobilizować do wyższego niż zwykle udziału w wyborach mieszkańców większych miast oraz zachować władzę w części sejmików i powiatów oraz w największych miastach.
  • Prawo i Sprawiedliwość osiągnęło znacznie niższy od powtarzającego się od trzech lat w sondażach wynik wyborczy, ale pozyskało o dwa miliony wyborców więcej niż w wyborach sejmikowych 2014 r. Jednocześnie na tę partię zagłosowało pół miliona mniej niż w wyborach sejmowych 2015 r.
  • Koalicja Obywatelska uzyskała poparcie o milion głosów większe niż wynik PO w wyborach sejmikowych 2014 r. oraz o 700 tys. głosów mniej niż wspólny wynik PO i Nowoczesnej w wyborach sejmowych 2015 r.
  • Polskie Stronnictwo Ludowe przetrwało, ale nie zachowało istotnych zasobów władzy regionalnej – przede wszystkim władzy w istotnych dla tego ugrupowania sejmikach świętokrzyskim i lubelskim – i lokalnej, zwłaszcza na szczeblu powiatowym.
  • Bardzo słaby wynik lewicy w wyborach sejmikowych kontrastuje z przyzwoitymi wynikami kilku prezydentów należących lub wywodzących się z SLD. To tworzy pewien zasób w przyszłej rywalizacji tej formacji z dominującymi partiami centroprawicowymi, a także pokazuje potencjalny kierunek rozwoju polityki samorządowej – skupionej raczej na miastach, także średnich i małych, niż na sejmikach i powiatach.
  • Wybory sejmikowe na wsi Prawo i Sprawiedliwość wygrało z większą przewagą, niż miało to miejsce w skali całego kraju, zdobywając 40,3 proc. głosów. Drugim ugrupowaniem na wsi było Polskie Stronnictwo Ludowe (19,3 proc.), a trzecim – Koalicja Obywatelska (16,1 proc.). W miastach – bez względu na ich wielkość – wygrywała KO, zdobywając w wyborach sejmikowych poparcie 33,8 proc. ich mieszkańców i nieznacznie wyprzedzając PiS (30,3 proc.). Trzecią formacją miejską było SLD z wynikiem 7,6 proc.

Alienacja władzy centralnej

Dla mnie najciekawszym i najbardziej też w sumie niepokojącym ze względów systemowych efektem wyborów samorządowych jest to, że ugrupowanie rządzące krajem straciło wpływ na władzę w niemal wszystkich miastach prezydenckich i kontroluje też niewiele miast mniejszych. Oznacza to, że władza centralna nie ma bezpośredniego dostępu do złożoności świata społecznego, do którego dziś głównym w Polsce interfejsem są miasta: to one dostarczają usługi publiczne i pierwsze muszą się mierzyć ze sutkami wyzwań cywilizacyjnych, jak zanieczyszczenie powietrza, starzenie społeczeństwa i depopulacja, migracje.

W efekcie władza centralna ma w coraz większym stopniu charakter wirtualny, lecz oddziałuje jak najbardziej realnie tworzonymi przez siebie aktami prawnymi – najlepszym przykładem bezmyślna reforma systemu edukacji, której konsekwencje obciążają lokalne społeczności. Ta alienacja władzy centralnej po ostatnich wyborach samorządowych tylko się powiększyła, a jej miarę najlepiej wyraził Jacek Sasin, szef Komitetu Stałego Rady Ministrów, twierdząc, że trzeba „bronić Polski przed samowolą samorządów” i zapowiadając nowe regulacje mające ograniczyć samorządową autonomię.

Widmo samowoli

Jest dokładnie odwrotnie, dziś trzeba bronić Polski przed samowolą administracji centralnej i arbitralnością decyzji podejmowanych na szczeblu krajowym. Łatwo jednak zrozumieć irytację Jacka Sasina, który lubi mówić, co myśli, ale nie zawsze myśli, co mówi, o czym przekonał się, ogłaszając sławny projekt metropolizacji Warszawy. W efekcie nie tylko pogłębił uraz do PiS samej stolicy, ale także zniechęcił skutecznie do partii władzy wielu mieszkańców gmin podwarszawskich.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop
css.php